Bibliografia  

W latach 1980-1989 jadłem głównie kaszankę albo ryż. Mama kiedyś podała mi kaszankę zmieszaną z ryżem, ale odmówiłem współpracy. Poza tym były ziemniaki. Czasem salceson albo mielonka. Kurczak albo ryba raz w tygodniu były dużym wydarzeniem. Głód innych smaków był taki, że umysł czepiał się wszystkich możliwych fantazji. Na przykład pociągał mnie bardzo wielki bochen zielonego spleśniałego chleba, mroczny i wilgotny, jaki zobaczyłem w śmietniku. Był zepsuty, to prawda, ale był inny.

Gdy tylko było to możliwe, zacząłem eksperymentować. W wieku lat szesnastu kupiłem chińską książkę kucharską i nauczyłem się kilku najbardziej podstawowych potraw, a przede wszystkim – przyrządzania orientalnych marynat do mięsa. Po wyjeździe do Włoch zapoznałem się gruntownie
z włoską kuchnią, byłem jednak wtedy jeszcze za młody, żeby ją docenić. Włoska kuchnia jest dla ludzi dojrzałych. Ale nauczyłem się przyzwoicie gotować po włosku.

Jedną z potraw, którą robię po swojemu, jest węgierski porkolt z suszonymi tartymi kluseczkami – zupełnie inny niż na Węgrzech i o wiele lepszy.

Niestety, nie jestem mistrzem świata w polskiej kuchni. Hania, jeśli już wpuszczę ją do kuchni,
robi o wiele lepsze zupy niż ja. No a w polskiej kuchni zupy są najważniejsze (są najlepsze na świecie – niepolskie zupy są zwykle dość toporne).

Ostatnio uczę się robić dziczyznę.

Ulubione potrawy: yu-zhou (siekany kurczak na ostro z porem na słodko), liu-bang (cieniutkie paski wołowiny smażonej na chrupiąco, z siekanym świeżym ogórkiem), żeberka po pekińsku (w czarnym sosie z owocami lichi), ebi-tempura maki (panierowane krewetki na zimno, pocięta w plastry, zawijane w ryż i wodorosty, z ostrym wasabi i sosem sojowym), tempura soba (panierowane krewetki w delikatnym rybnym rosole z zielonymi gryczanymi kluseczkami), pitan tofu (bardzo delikatny, tzw, jedwabny twaróg sojowy z jajem kaczym albo kurzym sezonowanym tzw. stuletnim), katsudon (względnie tonkatsu – czyli schabowy po japońsku w lekkiej panierce ze specjalnym sosem), bulgogi (smażone na miedzi siekane mięso), koreańskie kalmary z boczkiem, haemul pazon (omleto-placek z mąki ryżowej, nadziewany ośmiorniczkami), pizzoccheri della Valtellina (makaron z mąki gryczanej, gotowany razem z kapustą i ziemniakami, podawany z alpejskimi serami, parmezanem, smażonym czosnkiem i szałwią), spaghetti cacio e pepe (makaron z pieprzem i specjalnym ostrym serem), carbonara, penne al ragout, aglio oglio peperoncino, bresaola (włoska wędzonka ciemnoczerwona, lekko kwaśnawa), burrata (coś pośredniego między maślanką a bundzem, z zewnątrz mozzarella, w środku mascarpone, taki moment,
w którym ser się rodzi, a jeszcze nie jest serem), parmigiana, piovra al timo (ośmiornica gotowana
z tymiankiem i podawana na zimno), piadina (brakujące ogniwo między macą a pizzą, ciasto miękkie
na wierzchu, trochę twardsze i kwaśniejsze w środku, podaje się na ciepło np. z serem, bresaolą albo prosciutto i rucolą), porkolt, pieczeń jagnięca w sosie miętowym, cieciorka na ostro panierowana w mące grochowej, kheema naan (hinduski cienki placuszek nadziewany ostrą mieloną baraniną), salty lussi, żurek na razowym zakwasie, ogórkowa, szczawiowa, kapuśniak, krupnik, barszcz ukraiński, czernina.
Marzę o tym, żeby spróbować polpetty – jest to regionalne danie włoskie. Duża ośmiornica nadziewana rybimi wątróbkami i drobnymi żyjątkami morskimi, pieczona na rożnie.