Bibliografia  

Moja rodzina od strony ojca jest katolicka. Od strony matki najpierw była muzułmańska, od szesnastego wieku prawosławna, potem katolicka, a pradziadek zaliczył wiarę w reinkarnację i swedenborgianizm.

Do ósmego roku życia czasem przychodziłem do kościoła katolickiego razem z babcią. Pamiętam silny wstręt do posągów, malowideł i kadzideł.

W wieku lat ośmiu, po pierwszej komunii świętej przestałem chodzić na religię. To było w Ursusie, mateczniku Solidarności, w stanie wojennym. Koledzy z klasy przestali się do mnie odzywać, starali się nawet mnie nie dotykać.

W wieku lat trzynastu interesowałem się Kriszną – jak na moje ówczesne potrzeby, miał same zalety: był śliczny, niebieski i wymagał fanatycznego posłuszeństwa. W wieku lat czternastu zacząłem praktykować buddyzm zen. Podobała mi się ideologia, tak prosta, że niewerbalna. I oferta uwolnienia się od cierpienia. Niestety, alkohol okazał się być skuteczniejszy, przynajmniej na krótki dystans.

W wieku lat piętnastu poznałem naukę Swedenborga i w ten sposób po raz pierwszy zaakceptowałem Jezusa, na razie w sposób bardzo abstrakcyjny.

Wierzyłem w to, że ziemska rzeczywistość jest niedoskonałym symbolem Nieba i Piekła, że duchy zmarłych obcują z nami bez przerwy i że para małżeńska po śmierci staje się jednym aniołem.

W wieku lat dziewiętnastu próbowałem przejść na luteranizm, bo z Kościoła Luterańskiego wywodził się Swedenborg.

W wieku lat dwudziestu dwóch zacząłem chodzić do zboru Kościoła Ewangelickiego Waldensów w Mediolanie. Było tam ciepło i spokojnie – energia, kiedy jest pozbawiona agresji, promieniuje mocno, ale cicho.

W wieku lat dwudziestu pięciu zobaczyłem, jak funkcjonują baptyści – łagodni ludzie, którzy przyjęli bezwarunkowe zbawienie. Pociągało mnie to i bałem się tego. Baptyści są równocześnie spokojni i zasadniczy. Czasem wydają się niewolniczy, czasem bardzo twardzi.

W wieku lat dwudziestu sześciu, w Giżycku, powtórzyłem na głos za ewangelistą Davidem Piercem modlitwę o przyjęcie Jezusa do mojego serca. Kiedy zaczęło się nakładanie rąk, uciekłem. Dopadł mnie Andrzej Horyza, teolog z Wrocławia. Zaszedł mnie od tyłu, nałożył na mnie ręce i zaczął się modlić. Powiedziałem sobie: "No dobra, niech będzie". I nagle padłem na ziemię, płacząc i przeklinając, ale bez gniewu, tylko pod wpływem szoku. Ogarnął mnie ogromny spokój: nagły brak strachu przed śmiercią, przed czymkolwiek. Moje życie było dotąd tak pełne strachu, świadomego i nie, że kiedy to wszystko zniknęło, nagłe pojawienie się spokoju było jak uderzenie pioruna. Spokojny piorun. W tym stanie żyłem przez tydzień, bez lęku i bez grzechu. Raz tylko spróbowałem wziąć kompot, żeby zobaczyć, jak to podziała w tym stanie. Nie podziałało, co najwyżej lekko rozluźniło mięśnie – to, w czym żyłem, było silniejsze od odurzenia. Po tygodniu pomyślałem sobie: „no super, ale to nie jest dla ludzi, człowiek ma prawo do wyboru, do grzechu i tak dalej". I specjalnie zrobiłem coś złego, żeby to odeszło. Odeszło. I już w następnym ułamku sekundy zacząłem strasznie żałować.

W wieku lat trzydziestu trzech, dopiero wtedy, kiedy pojawiły się trudności z zawarciem ślubu, przypomniałem sobie o duchowości reformowanej i poszedłem do Kościoła Ewangelicko-Reformowanego w Polsce, który wyznaje podobne zasady co Kościół Waldensów we Włoszech. Ewangelicy Reformowani nawracają głównie miłością i przykładem. Wymagają więcej od siebie, niż od bliźnich – bliźnim raczej dają tę spokojną energię, którą poznałem u Waldensów. Od tego czasu regularnie chodzę na nabożeństwa do zboru reformowanego. Tam czasem dzieje się w coś takiego, jak w Giżycku, ale spokojnie, stopniowo i bez krzyku. Normalnie śpiewam hymny, tak jak wszyscy.

Do wszystkich, którzy przeczytali ten tekst, mam prośbę: jeśli doświadczyłaś albo doświadczyłeś czegoś podobnego, jeśli dotknęłaś albo dotknąłeś kiedyś Boga – proszę, napisz o tym i wyślij Twoje świadectwo na adres podany na stronie głównej. Chętnie je tutaj zamieszczę.